Vasil STUS: wiersze po polsku
Opera kameralna "Stus: Perekhozhyi" zawiera 12 wierszy ukraińskiego poety, które stanowią podstawę 10 kompozycji muzycznych.

Polski tłumacz:
Janusz Radwanski
Janusz Radwański
Народний басист, музейник, батько.
Кольбушової Горної, Польща
Janusz Radwański – urodził się w 1984 roku.

Wydał książki z wierszami: Księga wyjścia awaryjnego (Brzeg 2012), Chałwa zwyciężonym (Olkusz 2013), Kalenberek (Warszawa 2017) i Święto nieodległości (Warszawa 2018).

Opublikował zbiór przekładów wierszy Pawły Korobczuka Kajfuj, kajfuj (Kraków 2019) i Ołeksija Czupy Piędź (Warszawa 2020).
Януш Радванський - 1984 року народження.

Видав книги з віршами: «Księga wyjścia awaryjnego» (Бжег 2012), «Chałwa zwyciężonym» (Олькуш 2013), «Kalenberek» (Варшава 2017) та «Święto nieodległości» (Варшава 2018).

Видав збірку перекладів віршів Павла Коробчука Kajfuj, Kajfuj (Краків 2019) та Ołeksija Czupy Piędź (Варшава 2020).

Czyżbyś po to się, urodził, człowieku


Czyżbyś po to się, urodził, człowieku,

żeby zaglądać do mojej celi?

Czyżby twoje życie cię nie wzywało?

Czy wszystkie twoje horyzonty i cele

znalazłeś w tej robocie ponurej i smutnej,

w której wszystko się bierze z ludzkiej boleści?

Żal mi cię zawsze, żal mi okrutnie,

twoim nieszczęsnym sercem przejmuje się

moje chore. Ty jesteś i za mnie podwójnie

nieszczęśliwy. Jestem sam. Ty – ledwie cień.

Ja – dobro. Ty – próchno, pleśń,

łączy nas obydwu to więzienie,

dwie strony drzwi. Ty – tam, a ja tu.

Rozdzieliły nas mury jak statut.



Między światem a duszą wyrósł mur


Między światem a duszą wyrósł mur.

I baw się w chowanego, żeby nie poznali

cię wśród tłumu obumarłych wspomnień,

zdrętwiałych myśli i okruchów czucia.

W przemarzniętą duszę weszły strachy

i nie chce się już

szukać szpary, z wiecznym lękiem,

że świat cię dostrzeże i zmiażdży

swoim śmiertelnym ciężarem.

Tam wiatr wywiewa dusze z ciał,

łamie drzewa i pochyla trawy,

tworzy nieprzebraną próżnię,

która kwitnie bezsilna wokół.

Taka udręka wszędzie! Ile żyć

zgubiono! A ilu strzegą,

żeby odłożyć na śmiertelne wezgłowie

na czarną godzinę! Taka udręka wszędzie!

Między światem a duszą wyrósł mur.

My już twoi kochankowie, śmierci


My już twoi kochankowie, śmierci:

życie nam świeci przez mgłę.

Ale gdy księżycowy łan zaświecił

teraz i ty rozraduj się.

…błądzi muzyka czerwona

po wierchu ostrym jak cierń w boku.

Siedzi zazula żalem upojona

i powtarza „ku-ku”.

Piliśmy sok brzozowy

i z rzeki napiliśmy się wody

a jawory co w górę wznoszą głowy

w dolinie kruszyły już lody.

I dereń zajmował się żarem,

gruszaczka przełykała śnieg,

ziemia paruje nad jarem,

czując życie w sobie jak grzech.

Jak dobrze zabłądzić na ścieżce

idąc przez młody las

i upaść w trawę, na wznak

jak niemowlątko w kołysce.

Autoportret ze świeczką


Trzymaj nad głową świeczkę,

póki nie zmęczy się ręka –

całe życie. Za mało – noc jeszcze.

Dokoła ciemność płochliwa.

nietoperze latają jak kule.

Policzki marzną jak nieżywe.

Gdzie wy, skrzydlaci? Guli-guli!

Jak wam bez nieba źle tam?

Aż oczy nam ciężar snu tuli.

O, tyś zmartwychwstał, lecz nie sam!

Jak w beczce pohukuje puchacz.

Gdzieś brodzi mój rodak d’Anthes.

O, niegodny, bezradny, bez ducha,

a czy trafisz ty i mnie?

Świeca w zadumie – ani drgnie.

Tam cisza. Cisza tam. Sucha i czarna


Tam cisza. Cisza tam. Sucha i czarna

i kreślą koła siwe gołębie.

Jak tu nie powróżyć sobie

kiedy noc zalewa cię aż po gardło?

I wydaje się że wróżbici wprawni

zamiatają szlak przed tobą

W dzielnicach ofiar – czystopis żałoby –

wszechpokora, prawie nieodparta.

Zwierciadło śpi. A w nim śpi świeca,

rozpłatana motylem, akantem.

W szepcie akantu – ból twój – diamentem.

Ślepym okiem łypie żal.

Wstań. Niech zostaną na zwierciadle prochy –

to wszystko – twoje strachy, strachy, strachy….



W ciemność snu zanurza się droga


W ciemność snu zanurza się droga.

Wszędzie coraz wyżej i wyżej sięgają wody

gorzkiego zapomnienia. Wciąż bliżej kres.

Patrzę w pustkę dni i lat –

i myślę: gdzie jest granica, którą

powraca utracona dusza

u prapoczątku. W padół tych rozkoszy

którymi dźwięczą młode lata.

Quo vadis? Niesłyszalny krok

dał się poznać w tym nieustannym marszu

a ty idziesz tylko za nim w ślad.

I zwęża się błoga smużka lat

twoja jak cień, co idzie ci na spotkanie

i rzuca urok, rzuca… Ot, i załamała się

twoja droga. Ciemność. Przepaść. Kres.

Idź za grań. Za ciężko nam żyć

niepewnością. Granice. W pół kroku,

jak nad sobą wzniesiona stopa

zamyślić się i uklęknąć. W pół życzenia

w pół wahania uciąć. Zagony granic

kryją się z wzgórzami cierpienia

i nie widać ich w zuchwałych chwilach

rozpostarcia skrzydeł. O, żeby ten kres

poznał, jacy jesteśmy drobni! Co by się stało –

górze – górą być? W co mielibyśmy się

wpatrywać – w te miedze czasu,

nużące miedze życia,

kiedy zmarnowane siły,

bure poruszenia spopielałe,

nagle odcisnęły się na nas.

I chce się sięgnąć za czasokrąg,

za prapierwsze. I wszystko zacząć znów.

Pierwszokrokiem. O, co by to nam wyprostowało

powrotem w śmierć. O, jak by to iść

zboczem losu na szczyty krzyku,

który przerywa twardy wzór

i budzi pewność niemoty i próchna.

O, te nieznośne wyjścia za grań

powszedniości! O te złomy lęku,

to zuchwałe pragnienie samoucieczek,

paląca potrzeba zgorzenia, spalenia, auto da fe.

Ta szadź cierpień

i wieczne niespełnienie pragnień,

ruch ruchu ruchu. Ten bezkres sił

wzburzonych młodym bólem,

te kolekcje wysiłków, to światło

samoświadomości, ta głucha przepaść

upadku i wstąpienia za

widzialną śmierć, żeby torosy męki

lepiły łona kwiatom. Toś ty jest,

niepewności. To ty jesteś, drogo,

która od razu zwraca nas

do serca serca, w aortę szału,

gdzie bezbrzeża gołębi gwar.

Tak horyzont zamyka niebo i ziemię.

Sklepienia i powieki. Wieszczą tajemnicę

poznać sercem, ducha nie tracąc

i krew, co rwie się z szumiących aort,

zahamować – możliwe, nie na siły

nikogo z was…

Koła głucho stukają


Koła głucho stukają,

jak fala o burtę promu,

wieź, towarzyszu Charonie,.

ku złu i ku dobru.

Koła biją jak na trwogę.

Gdzieś wytyczają drogę.

Już. Do domu wrócić nie mogą

Do domu wrócić nie mogą

Koła głucho stukają,

koła stukają

w chrystusa, w wodza, w skrzaty

i w matkę i w pramatkę,

Moskwa, góra Niedźwiedzia, Kem,

i wyspa Popia – szlak

za kratami, za wartami

wezbrany łzami.

I znów Wiatka, Kotłas, Ust-

Wym, dalej – do Czybiu.

Związek soc-rep-oboz-rad

o którym Bóg zapomniał,

diabeł też zapomniał. Teraz

tu mówi inny Bóg:

marksista, rasista i ludożerca –

jeden – w trzech.

Moskwa–Czybiu, Moskwa–Czybiu,

pieczorski koncentrak

przyrządza nową dobę

na krwi i kościach.

Schować się przed losem nie było sądzone


Schować się przed losem nie było sądzone

Uderzył grom – i w fałszywy ton

uderzyło życie. I to ty – wszystko, co wyśnione,

jak śmierciobyt i życiozgon.

Więc badaj, jak kruszec, jak złoto

kochanych, bliskich, przyjaciół i dzieci:

czy przejdą przez sto swoich śmierci

za tobą? A czy co zrozumieją to,

co przypominasz – choćby u początku życia?

Czy ich serce by nie zadrżało i się nie zlękło

w tych wszechbiedach? O żebyś wiedział…

Tak śmiało ułożyła się droga

niepohamowanych. Cały świat – w wiatrach.

Podołałaś doli, chwała Bogu.

W chyżym wietrze sczeźnie niecny strach.

Jak chce się – umrzeć!


Jak chce się – umrzeć!

Żeby nie milczeć,

ni krzykiem krzyczeć

ostatniej zorzy,

porannego powiewu

zeszklonego dnia

doczekać – i umrzeć!

I już – nie wracać:

w spokój głęboki,

gdzie cisza kołysze,

gdzie pieśń ściśnie

potłuczone serce –

ani odetchnąć

jak chce się umrzeć!

Odmarzyć marzenia,

odmyślec myśli,

wszystkie radości – pierzchły

wszystkie kolory – pogasły.

Głodna, jak przerębel,

ścieżka pionowa

nie wydrzesz się przez nią

ni krokiem ni okiem

ni ruchem ni duchem

ni ciałem zbolałym

ni gardłem ochrypłym

od krzyku – władyko,

podnoś mnie w górę,

bo chcę – umrzeć!

No i jak przebyć

te godziny czekania

doliny bezdenne

ten szczyt cierpliwości

tę mękę przeokrutną

daj, Boże – umrzeć!

Przepaść, pójść w niepamięć,

zedrzeć się we wrzasku,

rozwiać w wietrze,

zgubić się w czasie

i wyrwawszy duszę

pójść – w bezimienne!

Za wzgórzem losu

śnieżna śnieżyca

zawiewa drogi,

kurzawa szału,

a matczyne ręce,

szklanym świtem,

szukają po omacku

synowskiej zjawy

znamienia przy oku

zasmucone zgarbione schylone ramiona.

Jak chce się – umrzeć!

Zajść niezauważalnie

za grań spodziewanego

za widnokrąg nieznośnego

za mury pokory

za kraty szaleństwa

za gniew – ściany

za łozy wołań

kolce obłędu

żeby paść

w ciche śniegi

gdzieś między zaspy

zaprzepaszczonych losów –

Jak chce się umrzeć!



W tym polu, niebieskim, jak len…


W tym polu, niebieskim, jak len,

gdzie tylko ty i żywej duszy wokoło,

zobaczył i ukląkł: błądziło po tym polu

sto cieni. W polu, niebieskim, jak len.

W tym polu, niebieskim, jak len,

samotność była ci sądzona

żebyś poznał losy jak pokuty zadane

w tym polu, niebieskim, jak len.

Sto czarnych cieni wydłuża się, rośnie

i już jak sosnowy młodniak

rusza na spotkanie. Czy uda się uciec i jak?

Własną ścieżkę, jak sznur, splątać?

Nie. Ustać. Ustać. Nie –

stać. Tylko tu. W tym polu,

co jak len. I własną niewolę

poznać tu, na rodzimej obczyźnie.

Na tym polu, niebieskim, jak len,

przeciw tobie – stu przeciw tobie

i każdy przeciwnik – jak w żałobie,

i każdy przeciwnik, zakazów

nie znający, rzuci przekleństwo od razu

jak kamień. Każde przekleństwo

twoją samotnością osmalone.

Zdziczał duch i nie poznaje ciała

w tym polu, niebieskim, jak len.

Na co czekasz?


Na co czekasz? Powiedz na co czekasz?

Kogo ty wyglądasz z przedświatu?

Kogo spodziewasz się spotkać,

a choćbyś spotkał, nie uwierzysz?

Głuchy kąt tamtego świata,

a w nim kobieta, zadumana kukułka,

szepcze spragniona: boże, niech się święci,

o niech się święci kraj przeklęty mój.

Jeszcze widać: obcy daleki kraj

i wśród stepu, gdzie czerwieni się kalina –

mogiła. Tam płacze Ukraina

nad głową syna: żegnaj.

I płacze tam, wyduszając z siebie

łzy na siłę dwóch wrogów,

ciesząc się, że ten syn nie kochał

ni Ukrainy, ni ziemi, ni nieba.

I daremnie chyli się wysoki cień

obcego bólu. Pustelnia Ukrainy

bezgranicznieje w tym głoszeniu,

aż błyszczy przemarznięta głębia

północna.

Kogóż ty, demonie zła,

klniesz, klniesz, klniesz i przeklinasz?

Kogo z samego siebie wywołujesz?

Swoje nieszczęście? Grudeczkę ciepła

pod popiołem wieków? Kogo ty czekasz?

Czy spodziewasz się kiedyś dożyć chwili

gdy powiesz czekaniu: dość. My kwita.

Ty zabierasz, tak jakbyś dawał.



Cierp, cierp, cierpliwość cię szlifuje


Cierp, cierp – cierpliwość cię szlifuje,

hartuje twojego ducha – więc cierp, cierp.

Nikt cię z niedoli nie uratuje,

nikt nie zbije z własnego tropu.

Na nim stój, trzymaj szyk– póki doli

póki świtu i słońca – stój i stój.

Żebyś szlak – do raju, piekła czy niewoli –

cały przejść i znieść umiał twój.

Toruj swoją drogę – tę, co twoją się nazwała,

tę, co wybrała ciebie na wieki wieków.

Do niego z wolna sam się przypisałeś

do niego przeznaczył cię sam Bóg.